English version / Wersja polska

[Wydarzenia][Przegląd prasy][Punkt widzenia][Książki][Ludzie][Studia i dokumenty][Sylwa]
  Ludzie > Mozaika wspomnień ...
 



Wezwanie do współodpowiedzial- ności za Ziemię Świętą ogłoszone przez polskich chrześcijan, muzułmanów i Żydów 12 kwietnia 2002.

więcej
Deutsch
Français



polecamy
Pamięć Shoah - współczesne reprezentacje - Ogólnopolska konferencja naukowa, Łódź 12-14 maja 2003.

więcej



Centrum Kultury Żydowskiej
Centrum Kultury Żydowskiej w Krakowie - program na maj.

więcej




  LUDZIE

Mozaika wspomnień Diane Armstrong
Marek Tobolewski

20.12.2002/MT

Na imię miała Danusia. Dopiero w wieku 7 lat dowiedziała się, że jest Żydówką. Jej rodzina przeżyła Holokaust dzięki pomocy katolickiego księdza. Dziś jest znaną australijską dziennikarką i pisarką. Podczas swojego pobytu w Krakowie udzieliła wywiadu naszemu "Forum".

Diane Armstrong / fot. M. Tobolewski
Diane Armstrong / fot. M. Tobolewski

Historia opisywana przez Panią w „Mozaice” zaczyna się w 1890 r. w dość dziwnych okolicznościach...

- Ojciec z wielką miłością opowiadał o swoim ojcu, którego ja nigdy nie poznałam, bo urodziłam się rok po jego śmierci. A jego historia była dosyć niecodzienna. Dziadek był bardzo religijnym Żydem; wierzył, że człowiek żyje na ziemi, aby pozostawić po sobie potomstwo. Tymczasem już 10 lat był żonaty i wciąż nie miał dzieci. Radził się więc rabinów, co powinien zrobić. Odpowiedzieli mu, że jeśli mężczyzna nie ma dzieci, to po dziesięciu latach małżeństwa wolno mu się rozwieść.

Diane Armstrong urodziła się w Polsce w 1939 r., tuż przed wybuchem II wojny światowej. W 1948 r. wraz z rodzicami wyemigrowała do Australii. Mieszka w Sydney. Jako niezależna dziennikarka publikowała m.in. w prasie australijskiej, brytyjskiej, kanadyjskiej, holenderskiej, polskiej, węgierskiej, nowozelandzkiej i południowoafrykańskiej. Jej artykuły wielokrotnie bywały nagradzane prestiżowymi nagrodami. Akcja Mozaiki rozpoczyna się w 1890 r. w Krakowie i ciągnie się przez blisko sto lat, obejmując losy przedstawicieli pięciu generacji rozrzuconych po czterech kontynentach. W 2001 r. książka znalazła się na liście bestsellerów amazon.com, największej księgarni internetowej.

Judaizm nie zabrania rozwodów, ale traktuje je jako zło konieczne.

- Dziadek, rozwodząc się ze swoją pierwszą żoną, musiał zadbać o zapewnienie jej środków do życia. Później ożenił się ponownie, ale przez pięć lat małżeństwa wciąż nie mógł doczekać się dziecka. Druga żona zaczęła się już niepokoić, że spotka ją ten sam los, co poprzedniczkę. Również dziadek był niespokojny, dlatego postanowił po raz kolejny zasięgnąć porady. Pewien bardzo mądry i sławny rabin powiedział mu jednak: „Nic się nie bój, idź spokojnie do domu, będziesz miał dziecko, syna. Daj mu na imię Avner”. I tak się stało.

To wszystko działo się w Krakowie?

- Tak. To właśnie tu w ciągu kilkunastu lat urodziło się jedenaścioro dzieci moich dziadków. Mój ojciec był w środku, a najmłodsza w rodzinie córka, urodzona w 1913 r., do dziś żyje w Krakowie.

Dlaczego zdecydowała się Pani napisać taką książkę?

- Historia mojej rodziny zawsze mnie fascynowała. Miałam ambicje opisania jej i zachowania w ten sposób pamięci o ludziach. W roku 1980 zmarł najstarszy wujek, który mieszkał w Ameryce. Przez lata słyszałam od ojca, że Avner był czarującym człowiekiem i miał fenomenalną pamięć, opowiadał tak, że można było słuchać godzinami. Gdy zmarł, uświadomiłam sobie, że czas ucieka i że wszystkie te historie wkrótce przepadną. Wtedy zdecydowałam, ze nie będę czekać i z magnetofonem wybrałam się w podróż dookoła świata, po którym los rozrzucił rodzinę. W Izraelu miałam dwie ciotki - jedna miała 93 lata, druga zaledwie 87. Inni mieszkali w Australii, Francji, Kanadzie...

Wszyscy opowiadali bez żadnych zahamowań? Potrafili sobie przypomnieć wydarzenia z przed wielu lat, i to takie, z których wielu pewnie chciałoby się nie pamiętać?

- Ciotki z Izraela były stare, ale miały niesamowitą pamięć. Tak dokładnie wszystko opisały! Dzięki ich wspomnieniom potrafiłam zestawić wielopłaszczyznowy obraz życia. Do dziś piszą do mnie ludzie z całego świata, czasem podchodzą na odczytach i mówią, że ich rodzice nie żyją, a oni nic nie wiedzą o swojej przeszłości, ale dzięki mojej książce rozumieją, jak niegdyś żyły ich rodziny.

Właściwie do tych relacji bardzo niewiele musiałam dodać. Miałam zresztą wielkie szczęście, bo ojciec niedługo przed swoją śmiercią napisał wspomnienia o swoim domu, o latach młodości, o czasach Holokaustu... Te zapiski umieściłam w „Mozaice”.

Proszę opowiedzieć o rodzinie pani dziadka.

- Żyli we względnym dostatku, wygodnie, choć nie luksusowo. Dziadek był instalatorem gazu, miał własne przedsiębiorstwo, w którym zatrudniał ludzi. Problemy zaczęły się wraz z kryzysem gospodarczym na początku lat 30. Dziadek stracił wówczas niemal wszystko, co miał. Musiał sprzedać dom na ulicy Sebastiana, w którym odtąd już tylko wynajmowali mieszkanie. Rodziną targały poważne konflikty. Myślę, że książka m.in. dlatego ma takie powodzenie, że niczego w niej nie ukrywałam, nie udawałam, że wszyscy byli idealni. Najważniejsze spośród napięć między rodzicami i dziećmi dotyczyły kwestii religijnych. Dziadek miał duże wymagania wobec swoich dzieci, chciał, żeby chodziły do chederu, czytały Talmud, uczyły się praw żydowskich. Wielu dzieciom to nie odpowiadało. Każde z nich było na swój sposób indywidualistą, a już najbardziej dotyczyło to mojego ojca, który wychowując się w bardzo religijnej rodzinie, sam w ogóle nie był religijny.

Innym problemem była ilość dzieci; często brakowało im kontaktów z rodzicami. Babcia była bardzo zapracowana, a do siedzenia na kolanach u dziadka tworzyła się pokaźna kolejka.

Ciekawie wyglądały rodzinne rozmowy. Między sobą i z najstarszym synem dziadkowie rozmawiali po żydowsku. Z dziewczętami dziadek mówił po polsku. Z drugim synem, Jerzym, po niemiecku, bo to były czasy austriackie. Ojca, który był bardzo niesforny, rodzice wysłali do szkoły na Węgry, gdzie mieszkał brat dziadka. Potem pojechał tam kolejny z braci. Gdy obaj wrócili z Węgier, między sobą mówili również po węgiersku. Czasami więc przy tym samym stole słychać było cztery różne języki.

Przed wojną zmieniał się stosunek Polaków do Żydów. Wprawdzie za sprawą Piłsudskiego nasze ustawodawstwo długo było wolne od przepisów wymierzonych w mniejszość żydowską, ale wśród ludzi narastały nastroje antysemickie, wyraźne zwłaszcza w czasie kryzysu gospodarczego.

Na temat początku wieku dużo nie słyszałam, więc trochę trudno mi o tym mówić. Pamiętam jedną opowieść ojca z jego szkolnych czasów, to musiało być koło roku 1910 r., a więc jeszcze przed odzyskaniem niepodległości przez Polskę. Nauczyciel szkółki zabrał uczniów na spacer, chyba na Planty, a tam zaczaili się polscy chłopcy, którzy wyzywali młodych Żydów i rzucali w nich kamieniami. Nauczyciel już więcej takiej wycieczki nie zorganizował. Po I wojnie bardzo antysemickie były oddziały gen. Hallera, żołnierze w nich służący często atakowali Żydów bez wyraźnych powodów. W latach 30. sytuacja stawała się coraz bardziej nieprzyjemna, trwał bojkot interesów żydowskich, zdarzały się napady, niektórzy bojówkarze mieli pałki, czasem nawet nabijane brzytwami. Sytuacja gospodarcza była ciężka, więc łatwo było ludziom powiedzieć, żeby unikali Żydów. Łatwo też znaleźli się skłonni do rozróby chuligani. W tamtych czasach w ogóle było źle w całej Europie. Prawica była u władzy, w Niemczech, Hiszpanii, Austrii...

W tej ponurej atmosferze Żydzi doskonale widzieli narastającą wobec nich niechęć. Nikt nie myślał, że wszyscy są przeciw Żydom, ale zarazem każdy zdawał sobie sprawę z tego, że nie będzie potrzeba dużo czasu, żeby obrócić przeciw nim większość. Mimo to w mojej rodzinie nikt zamierzał wyjeżdżać. Wiedzieli, że są ludzie, którzy ich nie lubią, że na uniwersytetach jest getto ławkowe, ale nie czuli się izolowani, mieli polskich znajomych, starali się normalnie żyć. Jedynie dwóch wujków wyjechało do Francji, ale oni po prostu wyruszyli za pracą, by szukać swej szansy na lepsze życie i niezależność od rodziców. Jeden z nich ożenił się w Paryżu z katoliczką, która przeszła na judaizm.

Pani ojciec studiował stomatologię.

- Tak, w Warszawie. Wyjechał, bo chciał być z dala od rodziców. Mieszkał w nędznym pokoiku, bez żadnych wygód, nawet bez ogrzewania. Często brakowało mu jedzenia, ale wtedy wszystkim było źle, a on był bardzo dumny i nie chciał prosić rodziców o pomoc. Opowiadał mi po latach, że gdy jadł czarny chleb z kawałeczkiem śledzia, przesuwał rybę na chlebie, żeby została do końca kromki.

Po studiach wrócił do Krakowa. Podczas wakacji na Helu poznał moją matkę, która pochodziła z zupełnie zasymilowanej rodziny ze Lwowa. Razem zamieszkali pod Wawelem. Ojciec nie chciał mieć dzieci, bo miał uraz dotyczący swojej licznej rodziny, ale mama nalegała. Były burzliwe dyskusje, aż w końcu powiedziała: „Jedno dziecko nie zmieni losu świata” i no ... się urodziłam. Był lipiec 1939 r.

Urodziła się Pani niemal w przededniu wojny. Szczęśliwie większość Pani rodziny przeżyła Holokaust, choć losy różnych ludzi potoczyły się w różny sposób. Co spotkało Pani najbliższą rodzinę? Pani rodziców i Panią osobiście?

Nasza historia jest inna od wszystkich. Gdy wybuchła wojna, przenieśliśmy się do Lwowa, gdzie mieszkała rodzina mojej matki. Rosjanie nie prześladowali Żydów, w każdym razie nie bardziej niż innych ofiar systemu komunistycznego. Zabierali firmy, mieszkania, ale przynajmniej nie groziła nam śmierć z powodu naszego pochodzenia.

W czerwcu 1941 r. wkroczyli Niemcy. Dziś mało pisze się o Holokauście we Lwowie, dalece więcej uwagi poświęca się innym miastom. A we Lwowie było strasznie. Niemcy mścili się na komunistach, na Żydach, na Rosjanach. Na ulicach organizowano łapanki. Ludzie wychodzili z domów i już nigdy do nich nie wracali. Pewnego razu ktoś zapukał do drzwi dziadków. „Kto tam?” - zapytali i odetchnęli z ulgą, gdy usłyszeli, że to dozorca. Niestety wraz z dozorcą przyszło dwóch Ukraińców. Wywlekli dziadków z domu. Niemcy dali wtedy Ukraińcom wolną rękę w postępowaniu z Żydami. Zamordowano wówczas tysiące ludzi, wielu z nich poniżano i maltretowano. Ojca i dziadka wraz z większą grupą skierowali do lasu. Wszystko wskazywało na to, że są to ich ostatnie chwile. Jednak zanim oprawcy przystąpili do rozstrzeliwania, jeden z Ukraińców zapytał, czy w grupie są jacyś lekarze. Ojciec był dentystą, ale wypełniając formularz na kenkratę, w rubrykę dotyczącą profesji wpisał „lekarz”. Dzięki temu ocalił swoje życie. Dziadka zastrzelili wraz z innymi.

W końcu wyjechaliście państwo ze Lwowa...

- Warunki były ciągle gorsze, getto, obóz janowski. Ojciec miał nadzieję, że przy zmianie miejsca zamieszkania uda nam się uniknąć piętna żydowskich podludzi, naznaczonych opaskami z gwiazdą Dawida. Chciał więc wyjechać, choć sam nie bardzo wiedział gdzie i jak. Bał się wracać do Krakowa, bo tam ktoś mógłby go rozpoznać. Żyliśmy w ciągłym strachu przed Niemcami, ale baliśmy się także zadenuncjowania nas przez Polaków. Oczywiście, nie każdy tak robił, ale wielu było takich, którzy szantażowali Żydów, a gdy nie dostali pieniędzy czy kosztowności, potrafili donosić i wydawać ich w ręce Niemców.

Pierwszym krokiem w stronę wyjazdu była zmiana nazwiska. Dotąd byliśmy Baldingerami, teraz staliśmy się Bogusławskimi. Mieliśmy fałszywe papiery, choć i one nie zawsze pomagały, bo np. Ukraińcy potrafili je rozpoznać. Raz jeden z Ukraińców legitymował ojca i zaczął się śmiać, gdy zobaczył jego dokumenty: „Zapłaciłeś za to chyba z 300 złotych?”. Ale była to jakaś szansa.

Ojciec pojechał pociągiem do Warszawy. To była ryzykowna wyprawa, bo Niemcy często robili rewizje, a na stacjach kręcili szmalcownicy, szczególnie uważnie obserwujący tych podróżnych, którzy robili wrażenie, jakby nie wiedzieli, w którą stronę skierować swoje kroki.

Ojciec chciał się zameldować w warszawskiej izbie lekarskiej jako lekarz-dentysta Bogusławski. Dopełniając na miejscu niezbędnych formalności, natknął się na mężczyznę, który powiedział: „Pochodzę ze wsi Piszczac, tam mieszka mój brat i z tego, co wiem, potrzebują tam dentysty”. Ojcu bardzo spodobał się pomysł wyjazdu na prowincję. Nikt go tam nie będzie znał, a my będziemy mieli wiarygodne usprawiedliwienie pobytu. To był jeszcze jeden problem - jeżeli się nagle zmieniało miejsce zamieszkania, ludzie od razu nabierali podejrzeń, że to zapewne Żyd - nikt go nie zna, nie może się powołać na kościół, nie zna go żaden ksiądz. A do Piszczaca mieliśmy przyjechać jako rodzina dentysty.

Jako rodzina polskiego dentysty.

- Tak, jako Bogusławscy. W Piszczacu chodziliśmy do kościoła, choć przecież nigdy wcześniej nie byliśmy w chrześcijańskiej świątyni. Wydawać by się mogło, że wreszcie byliśmy bezpieczni. Mieliśmy nazwisko, papiery, wyglądaliśmy też inaczej niż Polacy wyobrażali sobie Żydów. Ale po wiosce i tak zaczęły krążyć pogłoski, że Bogusławscy muszą być Żydami, jeśli nawet nie doktor, to przynajmniej ta Danusia, co ma czarne i faliste włosy, a nie proste i blond jak pozostałe dzieci.

Ojciec wyobrażał sobie, że w takiej niewielkiej wiosce 160 kilometrów na wschód od Warszawy, nikt w życiu nie widział Żyda. Jednak tak nie było. Jak się później okazało, przed wojną Żydzi stanowili prawie jedną trzecią ludności Piszczaca. Wywieziono ich do obozów, niedługo przed tym, gdy myśmy tam przyjechali. Garstka jeszcze pozostała. Pierwszego dnia ojciec poszedł do miasta, gdzie spotkał Żydówkę z opaską na ramieniu. Podeszła do niego i powiedziała: „Myślę, że ja pana znam. Jeszcze z Krakowa”. Ojciec odpowiedział: „Nie, to niemożliwe. Bardzo mi przykro, ale pani się myli”. Groźba zdemaskowania cały czas wisiała nad naszą rodziną. Kobiety mówiły, że moja matka przyprawia jedzenie na żydowski sposób, mężczyźni żartowali, że chcieliby spotkać się z ojcem w tureckiej kąpieli, mnie zaczepiali, żebym powiedziała, jak się nazywałam, zanim zostałam Danusią Bogusławską.

Zatem ucieczka na prowincję nie na wiele się zdała?

- Mimo ciągłych podejrzeń tam jednak udało się nam przeżyć. Ojciec był świadom, że jeśli mamy uniknąć izolacji, musimy utrzymywać przyjazne stosunki z ludźmi. Ponieważ grał w szachy i w brydża, od razu zorganizował taką kompanię brydżową. Należeli do niej ksiądz, lekarz, aptekarz i ojciec.

Ksiądz nazywał się Roman Soszyński. Sam od niedawna mieszkał w Piszczacu. Bardzo polubił ojca, z którym namiętnie grywał w szachy. Często u nas bywał, przychodził na partyjkę albo po prostu na herbatę.

W połowie 1944 r. sytuacja poważnie się zaogniła. Rodzice postanowili zorganizować przyjęcie, ale wyglądało na to, że nikt nie przyjdzie. Ojciec wybrał się więc do każdego z zaproszonych i osobiście zachęcał do odwiedzin. Oni robili uniki. Ojciec zapowiadał, że inni przyjdą, ale to wciąż ich nie przekonywało. Właśnie ksiądz Soszyński przyszedł jako pierwszy, pociągając swoim przykładem resztę wahających się gości. Prawdę mówiąc, to jego postawa ocaliła nasze życie. Mimo iż wszyscy podejrzewali, że jesteśmy Żydami, przyjaźń księdza, któremu nikt nie chciał się sprzeciwić, zapewniała nam bezpieczeństwo.

Wkrótce przez ziemie Polski Wschodniej przeszedł front...

- Matka zawsze twierdziła, że gdyby wojna nie skończyła się wtedy, gdy się skończyła, to niechybnie byśmy zginęli. Po wojnie wróciliśmy do Krakowa. Mieszkaliśmy na Floriańskiej, ale sytuacja nie była przyjemna. Wciąż zdarzały się napady na Żydów, nawet w Krakowie. W 1946 r, był pogrom w Kielcach. Chodziłam wtedy do klasztornej szkoły, nie byłam zameldowana jako Żydówka, a rodzice zachowali nazwisko z czasów wojny. Dopiero, gdy miałam 7 lat, dowiedziałam się, że jesteśmy Żydami.

Ojciec prowadził gabinet i wykładał stomatologię na uniwersytecie. Jeden z jego polskich znajomych powiedział mu pewnego dnia: „Bardzo przykro mi to mówić, ale nie widzę w Polsce przyszłości dla Żydów. Lepiej wyjedźcie”.

Jedyna siostra matki przeżyła wojnę i wyjechała wraz z mężem do Australii. On tam zmarł i ciotka została sama; mama myślała, że dobrze będzie tam pojechać. Ojciec sądził, że im dalej od Europy, tym lepiej. W 1948 r. ruszyliśmy do Australii.

Część ocalonych z Pani rodziny pozostała w Polsce, większość rozjechała się po różnych stronach świata. Od czego zależało, że jedni jechali do Australii, drudzy do Ameryki, a inni do Izraela? Jaka była motywacja?

- Bywało bardzo różnie. Nie było dużego wyboru, gdzie jechać po wojnie, bo niewiele państw chciało przyjmować nowych przybyszów z krajów komunistycznych. Australia przyjmowała nieduże ilości, ale nie wszyscy chcieli tak daleko pojechać. Do Ameryki było trochę trudniej; robili większe trudności z wizą. Jeden z wujków wyjechał do Kanady, jego żona miała tam chyba kuzynkę. Mój ojciec nie chciał zostać w Europie. Palestyna to było ciężkie życie, wojna, malaria, piasek. Nie wszyscy chcieli tam jechać. Byli idealiści...

Np. Pani dwie ciotki? Były syjonistkami?

- Wcale nie. Starsza pojechała tam wcześniej. W czasie wojny była w Rumunii, skąd potem wyjechała na Cypr. Stamtąd jakoś trafiła do Palestyny, ale to nie była żadna idealistyczna decyzja, tak wyszło, nawet nie pamiętam dokładnie w jaki sposób; zresztą z Cypru nie było zbyt wielu możliwości wyjazdu. Młodsza siostra, która dotąd mieszkała w Polsce, pojechała do Palestyny, bo starsza już tam była. Najstarszy spośród braci ojca był w Brazylii, bo podczas wojny było to jedynie miejsce, gdzie dostał wizę z Hiszpanii. Matka miała siostrę w Australii, więc my pojechaliśmy tam. Ludzie trafili tam, gdzie mogli, albo gdzie kogoś mieli.

Ta historia długo czekała, zanim trafiła na karty Pani książki.

- W Australii dorosłam, zostałam dziennikarką, a pisać chciałam od zawsze. Długo myślałam o tej historii, potem zmarli moi rodzice i wielu krewnych. Wreszcie pojechałam z tym magnetofonem, zrobiłam w całej rodzinie wywiady. Zdobyłam fenomenalne informacje, znalazłam różne dokumenty. Jednak czegoś mi brakowało i nie mogłam się zabrać za pisanie. Nie wiedziałem, w czym tkwi problem.

Siedem lat temu, myśląc, że może potrzebuję zobaczyć więcej miast, odwiedzić Lwów, z którego pochodziła moja matka, a gdzie od dzieciństwa nie byłam, po raz kolejny wybrałam się do Europy.

Byłam z córką. W ostatni dzień wizyty strzeliło mi do głowy pojechać do wsi, w której wraz z rodzicami przeżyłam trzy lata wojny. Sama nie bardzo wiedziałam, czego szukam, ani nawet do kogo mogłabym się zwrócić o pomoc. Po drodze jechałyśmy przez Białą Podlaską, gdzie się zatrzymałyśmy i poszłyśmy do magistratu. Zapukałam do jakichś drzwi. Zapytałam sekretarkę o adres w Piszczacu. „Niestety, nie mamy tu ksiąg wszystkich miasteczek. Musi się pani dowiadywać na miejscu”. Odwróciłam się, by wyjść, a ona dodaje: „Sama pochodzę z Piszczaca, ale osiedliliśmy się tam po wojnie”. Ruszyłam w kierunku drzwi, a ona znów mówi: „Znam kogoś z Piszczaca, kto mieszka niedaleko stąd. To ksiądz”.

Poszłyśmy do niego, choć ja wciąż nie wiedziałam, o co chcę go spytać i co chcę mu opowiedzieć. Jednak staruszek, gdy mnie tylko zobaczył, powiedział: „Danusiu, ty wróciłaś, po pięćdziesięciu latach wróciłaś...” Płakaliśmy razem, to było coś zupełnie niebywałego. Ja nic o nim nie wiedziałam, jak się nazywa, czy cokolwiek pamięta, czy w ogóle żyje... Minęło przecież tyle lat. Ale on pamiętał dokładnie. Mówił: „Miałaś trzy lata, siedziałaś w trzeciej ławce po lewej stronie i tak gorliwie modliłaś się w kościele. Byłaś taka cicha i nieśmiała. Cokolwiek powiedziałaś, patrzyłaś na rodziców, szukając ich aprobaty”. I wtedy zorientowałam się pod jak wielką presją żyłam w dzieciństwie.

Ksiądz chyba zapamiętał Pani ojca?

- Doskonale. „To była gwiazda całej wioski”, powiedział mi po latach. Śmiał się: „Był taki inteligentny i dowcipny, a jak grał w szachy. Nigdy z nim nie wygrałem”. Pamiętał też tę historię z przyjęciem w 1944 r. Odwiedziła go wówczas żona lekarza, która niby była zaprzyjaźniona z moimi rodzicami, i powiedziała: „Przecież wszyscy mówią, że Bogusławscy są Żydami. Jak ojciec wielebny może do nich przychodzić”. Ksiądz nic na to nie odpowiedział, ale jeszcze tego samego dnia odwiedził nas na oczach całej wioski.

I to był dla Pani ten silny impuls do rozpoczęcia prac nad książką?

- Tak, ale nie tylko. Ksiądz Soszyński podczas naszego spotkania przyniósł mi książkę, którą sam napisał. Była to historia Piszczaca. Pokazał mi fragment o mojej rodzinie, o tym, jak przeżyliśmy lata wojny. On sam początkowo nie wiedział, kim jesteśmy, lecz wciąż mu o tym mówili, aż w końcu się zorientował. Rozmawiając z nim zrozumiałam, jakim wielkim cudem było nasze ocalenie, a przecież ksiądz działał w pełni świadomie. Zawdzięczam mu życie. Po tym spotkaniu podjęłam działania, by ksiądz Soszyński został uhonorowany medalem „Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”.

Czy kolejna Pani wizyta w Polsce zaowocuje następną książką?

- Mam nadzieję, że tak. To będzie już trzecia książka mojego autorstwa. Po „Mozaice” napisałam jeszcze "Podróż ich życia" o naszej podróży do Australii, o statku, którym płynęliśmy. Znalazłam ponad sto osób, które wówczas podróżowały. Ta łajba w ogóle nie powinna pływać, wciąż zdarzały się awarie, wysiadały silniki, kilkakrotnie zdawało się, że już nic nas nie uratuje i że wszyscy pójdziemy na dno.

Rejs z Marsylii miał trwać pięć tygodni, a ciągnął się niemal trzy miesiące. Ludzie byli zdenerwowani, kłócili się ze sobą, na pokładzie Włosi bili się z Grekami. Piekielna podróż. Na statku znaleźli się emigranci z Rosji, Polski, Czechosłowacji, Węgier, Grecji, Włoch, z niemal każdego kąta lądu. Wśród pasażerów była rosyjska księżniczka, ortodoksyjny duchowny, 61 sierot żydowskich, powstańcy z getta warszawskiego. Fascynująca mieszanina. Gdybym napisała powieść, nigdy by nie uwierzył, że coś takiego mogło się przydarzyć podczas jednego rejsu. Opisałam tę podróż, historie tych ludzi, powody, dla których znaleźli się na statku, co przeszli wcześniej, co potem spotkało ich w Australii i Nowej Zelandii, gdzie wielu z nich trafiło. Z tego wszystkiego wyciągnęłam najciekawsze opowieści, choć mogłabym napisać osobną książkę o losach każdego z nich. Na antypodach książka miała już kilka wznowień i wciąż cieszy się dużym powodzeniem.

Teraz chciałabym napisać powieść. Mimo że jej tłem będą rzeczywiste wydarzenia, będę mogła więcej pozmyślać. Zamierzam pisać o czasach współczesnych, ale cała opowieść będzie zanurzona w historii. Na razie jednak w głowie mam dopiero zalążki tej nowej książki. Czeka mnie przy niej dużo pracy.

Proszę zatem wraz z podziękowaniami za rozmowę przyjąć życzenia powodzenia przy pisaniu nowej książki.



 
do druku poleć stronę

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej ZNAK

Polska Rada Chrześcijan i Żydów

Serwis internetowy EURODIALOG


Zamów nasz newsletter










Indeks nazwisk / Indeks tematów
Wydarzenia / Przegląd prasy / Punkt widzenia / Książki / Ludzie / Studia i dokumenty / Sylwa
O nas / E-Mail
 
Copyright © FKCh "ZNAK" - 1999-2003